Zadzwoń

silhouette of person standing on rock surrounded by body of water
19 sierpnia 2026

Piszę to z 10 000 metrów i właśnie zrozumiałam coś o sobie...

(Tak, tytuł brzmi jak z portalu plotkarskiego. Tyle że ja nie jestem nikim sławnym - jestem project managerem w samolocie z butelką wody i laptopem na kolanach. Ale skoro już tu jesteś, to czytaj dalej.)

Siedzę w samolocie i piszę ten tekst.

Nie dlatego że muszę. Dlatego że nie umiem inaczej.

Moja druga połówka zaplanowała tę podróż. Włochy, potem Szwajcaria. Wiedziałam tylko że mam spakować walizkę i być gotowa w środę rano (bardzo rano). Reszta - niespodzianka. Nie wiem co mnie czeka, ale wiem że będzie wspaniale.

I tu jest pierwsza lekcja. Nie zawodowa jeszcze, ale  bardzo osobista.

Pozwolić się zaskoczyć to jedna z trudniejszych rzeczy dla kogoś kto zawodowo żyje z planowania. Dla PM-a każda podróż zaczyna się zwykle od spreadsheet, listy rzeczy do spakowania, harmonogramu połączeń i planu B na wypadek opóźnienia. Tym razem nie miałam nic. Tylko datę, godzinę, a później destynację.

I wiecie co? Świat się nie zawalił, ale moje poczucie obowiązku legło w gruzach i do tej pory ciężko mi się z tego pozbierać. Siedzę tutaj i czuję jak gdzieś w głowie mały wewnętrzny PM przeżywa żałobę po kontroli której nie miał... Serio! Był ogromny stres!

Co się dzieje gdy wyłączasz tryb project managera

Jest taki moment na początku urlopu kiedy głowa nadal pracuje. Myślisz o projekcie który zostawiłaś w połowie. Zastanawiasz się czy ktoś zapamiętał żeby wysłać tamten dokument. 

Znam to uczucie bardzo dobrze.

Ale jest też inny moment, ten kiedy naprawdę wyłączasz. Kiedy patrzysz przez okno samolotu na chmury i przez chwilę nie myślisz o niczym co ma deadline. Ten moment jest ważny. Nie jako nagroda za ciężką pracę. Jako warunek dobrej ciężkiej pracy.

Przez lata zarządzania projektami nauczyłam się jednej rzeczy której nie ma w żadnym podręczniku: najlepsze decyzje projektowe podejmuję po odpoczynku, nie w trakcie maratonu spotkań. Najciekawsze pomysły przychodzą kiedy przestaję aktywnie myśleć o problemie.

To nie jest lenistwo. To jest sposób pracy.

Włochy i Szwajcaria - dwa style zarządzania w jednej podróży

Nie mogę nie zauważyć że te dwa kraje to dwa zupełnie różne podejścia do organizacji życia.

Włochy: ciepło, chaos, improwizacja, relacje ponad procedurami, jedzenie które trwa trzy godziny i nikt się nie spieszy.

Szwajcaria: precyzja, punktualność, procesy, niezawodność, pociąg który odjeżdża dokładnie o 14:37 i wraca dokładnie o 16:51.

Zabawne że w projektach potrzebujesz obu.

Włoskiego ciepła i elastyczności kiedy pracujesz z ludźmi - kiedy negocjujesz, przekonujesz, budujesz zaufanie. I szwajcarskiej precyzji kiedy układasz harmonogram, pilnujesz zakresu i raportujesz do zarządu.

PM który ma tylko jedno z tych dwóch, albo jest za miękki i wszystko mu się rozjeżdża, albo za sztywny i traci ludzi po drodze.

Może dlatego tak lubię podróżować. Każde miejsce uczy czegoś o tym jak ludzie organizują swoje życie. I zawsze wracam z jakimś nowym spostrzeżeniem które ląduje potem w projekcie (może nie dosłownie).

Dlaczego piszę to z samolotu

Bo mogę.

To chyba najuczciwsza odpowiedź jaką mogę dać. Wzięłam wolne, wsiadłam do samolotu, a i tak po godzinie otworzyłam laptopa,  nie żeby sprawdzić maila, ale żeby zapisać myśli które nie chciały poczekać.

I wiesz co? Myślę że to jest w porządku. Urlop nie musi oznaczać wyłączenia mózgu. Czasem oznacza po prostu że robisz to co lubisz,  bez presji, bez deadlinu, bez oczekiwań. Ten artykuł nikt mi nie zlecił. Nie ma harmonogramu. Jest tylko okno, chmury i myśl która chciała zostać zapisana.

To chyba jedna z lepszych definicji odpoczynku jakie znam, robić coś z wyboru, a nie z obowiązku.

A teraz odłożę laptopa

Bo za oknem właśnie zrobiło się pięknie.

I nawet najlepszy artykuł tego nie zastąpi.

Do zobaczenia po drugiej stronie Alp.